Kałuża.
Głęboka, powyżej kostki.
Wchodzę w nią.
Woda nie mętnieje, jest czysta jak szkło.
Pływają w niej jedynie liście-ryby, wciąż żółte jesienią.
Wokół mnie cmentarzysko żerania. Szarość puchnie tu błotem i dymem z vattenfall.
Zapach żerania, to zapach moczu i rdzy tramwajowej - taka specyfika.
I w tym wszystkim, w tym moczu i w tym dymie, w błocie, w murach, w tej bezwzględnej szarości to jedyne, czyste jak adriatyk, nieskazitelne małe jezioro.
Stojąc w tej wodnej niewinności jestem deptana, popychana, szturchana przez panów z wąsem i saszetką z prawie-skóry.
A może to ich zapach mnie szturcha i depcze? - tanie papierosy, tygodniowy pot, czosnek, przetrawiony alkohol.
Nienawidzę.
poniedziałek, 15 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz